05 października 2024

"Długobrody 4: Zew Spaczenia" - subiektywna relacja "organizatora"

Chyba minęło już dość czasu, abym mógł opowiedzieć o ostatnim, czyli czwartym, Długobrodym. Perspektywa czasu pozwala mi pamiętać już tylko o tym, o czym chcę pamiętać, a przy okazji zmalała szansa na to, że ktoś mi zarzuci, że było inaczej ;)

Turniej odbył się po raz drugi „w ostatnią sobotę sierpnia” i już na przyszły rok zaklepałem w bibliotece ten sam termin (choć nie wątpię, że Routka znowu on zaskoczy). Dla tych którzy nie wiedzą: od samego początku gości nas Centrum Kultury i Biblioteki w Szczańcu, które dziwnym trafem wpisało sobie Długobrodego do swoich imprez cyklicznych. Jak na wioskę pośrodku niczego, na graniczy czegokolwiek, dziewczyny robią tam naprawdę dobrą robotę przychodząc do pracy w sobotę i nie chcą od nas niczego w zamian, poza nie robieniem chlewu. Też macie takie miejsca u siebie? ;)

Jeśli zależy Wam na zdjęciach makiet i figurek, to znajdziecie je na fejsie: w poście Zibiego, poście Adama czy poście CKiB

Tutaj skupię się na części związanej z graczami, kradnąc cudze zdjęcia na potęgę.

 


Organizacyjnie przyznaję, że miałem lekką spinę. Nie wiedziałem, czy ludzi będzie za dużo, a mi zabraknie stołów, czy za mało i nie będzie miał kto grać z kim. Nie pomagało odpadnięcie Śliwki i Szredera, którzy robili zawsze masę klimatu, zasmuciła mnie też wieść, że nie pojawi się Wielebny z Karolem, którzy byli z nami od początku (Ba! Od ich „Cieni nad Culmsee” zaczął się Długobrody!). Mimo to, przy każdym zgłoszeniu nieobecności, zjawiało się dwóch graczy, którzy wypełniali lukę do 16 osób. Przynajmniej do godziny czwartej rano w dniu turnieju, gdy choroba córki zatrzymała Adaśka, a było już za późno, by zaklepać Frankowi inny transport. Jako że papcio Nurgle wyraźnie sabotuje naszą imprezę, nadal podtrzymuję całkowity zakaz wstępu jego band na turniej. 

 

Za to pozostałych 14 graczy (plus ja, Aśka, Agata i dziewczyny z biblioteki), dopisali na bogato:

Adam z Melonem przybyli z Torunia już w piątek, przywożąc masę piernikowych łapówek dla sędziego. Oczywiście żaden z nich nie miał jeszcze nawet rozpiski do grania, ale w końcu był dopiero piątek. Wraz z nimi pojawił się Krzysiek (po raz pierwszy na evencie) spod Poznania, który przyjechał bez pary (przywożąc przy okazji współorganizatorkę), ale w dniu turnieju bez problemu dogadał się z miejscowym Routkiem i połączyli siły w irytowaniu sędziego ;) Potem nastał wieczór i poranek, popłakałem sobie w łazience, że się Nurgle uparł, po czym pojechaliśmy do biblioteki. Tam już czekała ekipa lokalsów: Zibi i Kuba wraz z Routkiem, Sadek, który po raz pierwszy przyjechał do nas spod Zielonej Góry oraz czarne konie turnieju: Karol i Filip z Nowego Tomyśla/ Wolsztyna/ Grodziska czy skąd tam jeszcze, bo nie chcieli się przyznać, ale w czasie gry pokazali, że duch Mordheim to nie tylko seniorzy. Na podsumowanie już do biblioteki dotarł Paweł z Poznania, a rzutem na taśmę praktycznie spod Warszawy Michał z Mikołajem (tak dla wiadomości tych, co twierdzą, że Szczaniec to za daleko). W takim składzie chciałem już zaczynać, gdyby Aśka nie wyskoczyła z pytaniem „A gdzie Ołek?”. Ołek dojechał dwa wieki później przywożąc Adama z Kołobrzegu i mogliśmy zaczynać. 




 

Założenia fabularne turnieju były proste, ale spróbujcie je przedstawić kilkunastu kolesiom, którzy ją bawią się swoimi figurkami. Na szczęście na szybko się udało, a wyglądało to mniej więcej tak:

Przywódców każdej z obecnych band od kilku dni męczyły sny. O nadchodzącej burzy i kawałku spaczenia wielkości sporego prosiaka. Tak dużego, że mógłby ich ustawić finansowo do końca życia, dać moc do najpotężniejszych rytuałów lub by zasilić własną osadkę. To nie były sny, obok których można było przejść obojętnie. To trzeba było sprawdzić, niezależnie od ceny, jaką przyszłoby ponieść. Z samego rana w każdej z band zapadła decyzja: wchodzimy do miasta i nie wychodzimy z niego, póki nie osiągniemy celu. Wśród pomruków niezadowolenia podwładnych, bandy wyszły w miasto.

Tyle z fabuły. W bibliotece stały cztery stoły 48x48 cali, zaczynając od Mostu (na którego częściach unosiła się mgła, zwiększająca Siłę wszystkich ją wdychających o 1 punkt), przez okolice Świątyni (z cmentarzem, na którego środku stał pomnik z zaklętą w nim Banshee), Kupieckim Placem z ukrytą pod nim rzeźnią (której zapach przyprawianego Spaczeniem mięsa zwiększał Atak obecnych o 1) oraz Wieżą, przy której ponownie zagnieździła się Matylda. Gracze przez 3 bitwy ścierali się na tych stołach, choć z powodów technicznych jeden z nich leżał odłogiem, za to na kolejnym toczyło się starcie 3vs3 (bo nie wszyscy mogą wiedzieć, że zwykle gramy 2vs2). Dodatkowo jak się okazało, każdy ze stołów miał kogoś, kto w trakcie rozgrywki tworzył własne HRy, co pewnie mogłoby być irytujące na poważnej imprezie, ale na Długobrodym stało się po prostu źródłem kolejnych anegdot i pocisków (w końcu wszyscy wiedzą, że Ołek wałuje).

W turnieju nie było żadnych punktów, poza punktami doświadczenia dla Lidera, który startował z poziomu 15 PD. Poza tym każdy model poza liderem mógł zginąć, za to żadna banda nie mogła robić zakupów, ani uzupełniać strat: dowódca powiedział wyraźnie, że nie wychodzą z miasta, dopóki nie odnajdą celu.









 

O ile pierwsza potyczka rozegrała się na spokojnie, po niej nastąpiło pierwsze wydarzenie fabularne: każdy z graczy, musiał wykreślić ze swej bandy jeden model. Nikt nie wiedział czy zdezerterował, zgubił się, czy coś go zjadło. Na dodatek, jeśli komuś przytrafili się ranni bohaterowie wymagający pomocy, dowódcy nie zabierali ich dalej ze sobą. Morale zaczynało drżeć, a nad miastem coraz częściej błyskało na zielono, utwierdzając liderów w ich szaleństwie.

I tak zaczęła się druga potyczka, która z założenia miała być szybsza, ale wyszło jak zwykle. Notatki na temat tego kto grał z kim i co zrobił przepadły, a perspektywa graczy została w ich głowach. Ja już próbowałem zamówić żarcie na obiadek :P

Przerwa obiadowa wystarczyła akurat żeby się zapchać i odetchnąć, by podejść do trzeciej rozgrywki. I tym razem w drużynach coś się wydarzyło: w każdej z nich jeden model postanowił postawić się dowódcy, a ten chcąc czy nie, w ramach celowego działania lub wypadku, po prostu pozbawił go życia. Poza modelami, które i tak padły w walce, każda z band załapała się na kolejną ofiarę (a jak wiecie lub nie, maksymalna ich wielkość na start była okrojona do połowy). Trzecia bitka przebiegła już tym razem szybciej, a gracze doskonale zdawali sobie już sprawę co się święci: w rundzie finałowej nie będzie już nikogo poza dowódcami, więc przestali oszczędzać szeregowych wojaków, dając się ponieść (mam nadzieję) bitewnemu szaleństwu. Potyczki przebiegły nadzwyczaj szybko, po czym przyszedł czas na finał.

Na środek sali wjechał stół 36x36 przedstawiający zupełnie inne ruiny w Kraterze (jak miło, że są makiety z WarCry), a na ich środku studnię, z której wystawał kawał Spaczenia wielkości sporego krasnoluda. Teraz już Wam nie przedstawię wszystkich szczegółów, ale w największym skrócie: do bitwy wychodzili sami liderzy (na szczęście wampiry były tylko dwa ;) ), dzielący się na dwie drużyny 7vs7. Ich bandy już albo uciekły, albo tłukły się same między sobą wśród coraz liczniejszych błyskawic. Ci, którzy chcieli stać w miejscu ryzykowali trafienie piorunem. Ci, którzy chcieli sięgnąć po Spaczeń nie mogli być pewni co się z tym wiąże, poza wiedzą, że gdy tylko się do niego zbliżą coś może się wydarzyć, oraz pewnością, że dźwigając go, nie będą mogli walczyć. Za to byli na tyle uparci, by stać się odpornymi na psychologię. No i się zaczęło…




Po obu stronach zapadła konsternacja, ale pierwsi obudzili się Łowcy Czarownic (jeden z nich stał po stronie chaosu!). Ołek wyzwał adwersarza na pojedynek ruszając ku niemu, lecz nim dobiegł rzuciły się na niego dwa orki i wbiły go w ziemię. Tak padł pierwszy z graczy, przyjął pamiątki i podziękowania i poszedł szlochać w kącie. W międzyczasie po stronie zła, magister Chaosu Filipa postanowił zbufować jednego ze swoich (trafiło na Adama z Torunia i jego Wampira), co zrobił na tyle skutecznie iż dodał mu +1 do wszystkich statystyk. Pierwsze modele dobra zbliżyły się do Spaczenia by go zabezpieczyć i okazały się odporne, na jego niepokojącą moc, choć nie ocaliło ich to później przed kiepskim losem. Gdy do skarbu zbliżył się jednak potężny już wampir Adama, podszepty kamienia okazały się działać: paranoiczne wizje o sojusznikach pragnących jego zguby, popchnęły go do zmiany strony. Miny graczy były bezcenne, a ja cieszyłem się, że kostki wywijają im lepsze psikusy, niż mógłbym to zrobić ja. Od tej pory zaczęły się podchody przemieszane z rzezią. Gracze wkręcili sobie, że zbliżając się do Spaczenia mają szansę na zmianę strony, Adam zamiast walczyć postanowił wynieść kamień poza planszę (musząc go czasem upuszczać, by się bronić), a cała reszta graczy w serii pojedynków próbowała utrzymać się na nogach. Jako druga padła Matriarchinii Adama (z Kołobrzegu), później Routkowy niziołek- łowca czarownic. Gdyby nie zdradziecki Wampir w ich szeregach, można by wnioskować, że dobro nie ma dziś farta. Dopiero zejście skaveńskiego zabójcy Pawła rozpaliło płomień nadziei, choć jako dwa kolejne odpadły dwa krasnoludy (najpierw Kuby, potem Zibiego), chyba w starciu z szalejącymi orkami. Po stronie dobra najemnicy ze wschodu (Mikołaj i Michał) dość długo wiązali wampira Łukasza, ale gdy padł lider Mikołaja, gra wydawała się już przesądzona, na korzyść mroku. Wtedy w starciach wewnętrznych padł pierwszy ork (Melona), kapitan Michała ostatecznie poległ z rąk wampirzego szermierza, a renegacki łowca czarownic Karola gryzł się w glebę. Na stole zostały cztery modele, ledwo pamiętając kto jest z kim: wampir Adama, dźwigający wielki spaczeń, łypiący na niego poraniony i wściekły wampir Łukasza, drący się ork Krzyśka i podstępny magister Filipa. Do pojedynku wampirów jednak nie doszło. Ranny krwiopijca Łukasza padł pierwszy, odbierając mu podium. Ork Krzyśka, który maczał w tym łapy padł kolejny, zajmując 3 miejsce w turnieju. Gdy na stole został już tylko magister Filipa i wampir Adama, ten drugi czmychnął z kamieniem poza stół i ogłaszając się zwycięzcą, a odprowadzał go wzorkiem magister, który zapewnił mu błogosławieństwa mrocznych bogów. Może oddając skarb krwiopijcy i jako jedyny ocalając życie, wiedział coś jeszcze, czego nie wiedzieli inni?

Przyznam, że jatka była przednia i ubawiłem się niezmiernie, mimo że sam nie rzucałem kostkami. Na koniec wszyscy tradycyjnie, zgodnie uznali, że Adam oszukiwał, ale po cichu byłem ubawiony tym jak po kolei manipulował niemal każdego z graczy ponad stołem, w pełni zasługując na swoje zwycięstwo mimo unikania walki. Motyw uśmiechniętego magistra, który spokojnym krokiem ruszył za nim zostawię sobie w pamięci jako punkt węzłowy fabuły do kolejnego spotkania.

Dzięki ostatniemu starciu po wszystkim nie musiałem bawić się w rozdawanie upominków, bo zadziało się to stopniowo w czasie odpadania graczy. Oczywiście w naszym turnieju nie ma nagród, ale każdy załapał się na symboliczne podstawki od Adamowy Warsztat, elementy terenu od FantasyGameInn czy figurki od Zibiego. Puchar był jeden i pojechał do Adama, ale nie martwcie się, jego wzór został zachowany i jeszcze powróci. 


Kolejny turniej w ostatnią sobotę sierpnia przyszłego roku (jasne, że będziecie twierdzić, że dowiedzieliście się za późno!), przybiliśmy sobie piąteczki, wynieśliśmy śmieci i zamknęliśmy bibliotekę. Chłopaki z Mazowsza i Wielkopolski wrócili do siebie (Karol z Filipem pojechali na kolejną imprezę… młodość jest straszna), reszta dała się namówić na pogaduchy na Ławeczce na Krańcu Świata. Sąsiadka znów przyniosła pomidory z ogródka, tym razem jednak nikt nie zgłaszał zniknięcia znaczków marki z samochodów. Po zapadnięciu zmroku było już cicho i pusto. Do niedzieli został Krzysiek, Adam i Melon, którzy znów "dyskutowali" do rana, by z rana pomóc w zabraniu makiet z biblioteki i pojechać do domu.

Jedyne co mogę jeszcze dodać, to to, że było fajnie. Zjechali się ludzie z 5 województw, nikt się z nikim nie pobił, wszyscy wygrażają się, że wrócą. O moich świetnych umiejętnościach organizacyjnych niech jeszcze świadczy fakt, że nie mam ani jednej fotki pucharu dla zwycięzcy :P

Szczaniec zaprasza za rok! :)